Spowiedź
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków, amen.
- Proszę księdza, zgrzeszyłem. Namówiłem brata do złego. No, podpuściłem go. Podpuściłem go do tego, żeby przespał się z kobietą, która ma męża i dzieci. Ja wiem, że to głupie, ale chciałem mu pomóc. A teraz nie wiem, co się z nim dzieje. Pochodzę z małej miejscowości, a tak właściwie to jest wieś. Mam tylko brata, rodzice umarli jak byliśmy mali. Wychowywali nas dziadkowie, a oni już też nie żyją. Zresztą to nie jest ważne.
- Spokojnie, opowiedz wszystko pomału i po kolei, żebym mógł coś zrozumieć.
Więc opowiadam.
Wszystko zaczęło się od tego, że zadzwonił do mnie dyrektor domu kultury z Jugowa. To ta wioska, z której pochodzę. Zapytał, a właściwie to poprosił, żebym przyjechał na festyn, który będzie początkiem maja. Organizował jakąś licytację i chciał, żeby ktoś znany ją poprowadził. Gram chyba we wszystkich serialach, jakie tylko są, więc nic dziwnego, że mnie wszyscy znają. Nie miałem planów na weekend majowy, no to stwierdziłem że pojadę, a przy okazji odwiedzę brata i grób rodziców. Nawet się cieszyłem na ten wyjazd. Strasznie dawno tam nie byłem. Festyn miał być dopiero w niedzielę, ale ja na miejscu byłem już w poniedziałek. Jak jechałem przez wieś samochodem, to oczywiście wszyscy w oknach. Czasami czuję się jak jakaś małpa w zoo. No i przyjechałem pod dom brata. Pukam, raz, drugi, trzeci. Krzyczę: „Maciek, to ja, Krzysiek, jesteś?” W odpowiedzi – cisza. Znalazłem klucz pod wycieraczką i wszedłem do środka.
W domu jakby czas stanął. Odkąd wyjechałem stamtąd dziesięć lat temu, nic się nie zmieniło. Na środku dużego pokoju okrągły stół. Jak byliśmy mali, bawiliśmy się z Maćkiem, że to nasz schron. Wymyślaliśmy różne głupie zabawy. W rogu ogromna, potrójna szafa, w której leżały zawsze ubrania rodziców. I nawet dalej ten sam, stary telewizor. Na podłodze dywan, który przywieźliśmy z dziadkiem z jakiegoś targu. Pamiętam, jak się o niego targował.
- Krzysiek?! To ty? Co ty tu robisz?
- Czekam na ciebie, bracie. Nie zauważyłem, jak wszedłeś. Nic tu nie zmieniłeś, odkąd wyjechałem.
- Co cię tu sprowadza?
- Przyjechałem na niedzielny festyn, mam poprowadzić jakąś loterię. No, ale przez ten tydzień zostaję u ciebie. Mam nadzieję, że stęskniłeś się za młodszym bratem.
Siedzieliśmy długo i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Zaczęło świtać.
- Krzysiek, ja lecę do roboty. Zajmij się sobą. Będę wieczorem.
Czasami tak sobie myślę, czy my z Maćkiem jesteśmy na pewno braćmi. On mały, gruby, już łysawy, życiowa ciapa. Zawsze to na niego musiał nasrać ptak, to on musiał złamać nogę. Wszystko, co złe – to Maciek. A ja, wysoki, jak na razie szczupły – chyba jestem w czepku urodzony. Jesteśmy jak dwa przeciwieństwa. Mnie wszystko przychodziło z łatwością; nawet jak wyrwałem się z tej dziury, miałem wrażenie, że Warszawa czeka tylko na mnie i że to właśnie ja zrobię karierę. A Maciek… Został w Jugowie, ma czerwony autobus i wozi nim dzieciaki do szkoły. Ani żony, ani dziewczyny. Tylko to jego nienormalne hobby, z którego śmieje się cała wieś. Uważają go za dziwaka i pewnie przez to nie może sobie znaleźć żadnej baby. Jak można hodować mrówki?! Od małego zawsze był z tym problem. Trzymał je w słoikach, a w pokrywkach robił takie malusieńkie dziurki, żeby miały czym oddychać, no i żeby przy tym nie uciekły. Maciek-ciapa co chwilę rozbijał te słoiki, babcia się darła, że mrówki chodzą po domu. Ten płakał, że mu zwierzątka uciekają. No i ten pierdolec na punkcie mrówek został mu do teraz. On je nawet kiedyś próbował tresować. A teraz – to samo. W kącie kuchni leży pudełko, a w środku cztery słoiki. W słoikach mrówki. Nie wiem, po co on je hoduje: czy jemu to jest potrzebne do szczęścia?
Trochę się ogarnąłem, poszedłem na grób rodziców i ciotki. Jakoś tak mnie natchnęło i stwierdziłem, że zajdę do sklepu.
- Kaśka? Nie wierzę własnym oczom – właśnie zobaczyłem najładniejszą laskę całej wsi – Nic się nie zmieniłaś.
- Oj, Krzysiek, ty zawsze potrafiłeś zawrócić dziewczynom w głowie. Myślałam, że się nie zdecydujesz przyjechać. Cała wieś o tobie mówi. Nie wiem, jakim cudem mój mąż zdobył do ciebie numer, no i że jeszcze się zgodziłeś?
- Mąż?
- No, tak. Waldek. Skąd miałbyś wiedzieć. Dyrektor domu kultury to mój mąż. Poznaliśmy się, jak robiłam studium ekonomiczne. On wtedy był na animacji kultury. Mamy dwójkę dzieci: Basię i Wojtusia. On w domu kultury, a ja w sklepie – i tak nam się jakoś żyje. A u ciebie jak?
- Warszawa mnie pochłonęła. Na nic nie mam czasu. Latam tylko z jednego planu na drugi. Nie mam ani żony, ani dzieci. Pieniędzy dużo, ale nie mam co z nimi robić.
Pogadałem z Kaśką jeszcze chwilę, zrobiłem zakupy i poszedłem do domu. Niedługo po mnie wrócił Maciek. Opowiedziałem mu, co robiłem przez cały dzień. Jakoś go ruszyło, jak wspomniałem o Kaśce.
- Maciek, co jest? Ty dalej do tej Kaśki? Od liceum cię trzyma? No to może idź do niej z kwiatami, spotkacie się, powspominacie stare, dobre czasy. Przecież to nic złego.
Maciek myślał trzy dni, zanim się zebrał – i poszedł do Kaśki. Przed wyjściem wyglądał, jakby szedł na galę rozdania Oskarów, tylko tak ze dwadzieścia lat temu. Mały grubasek, w zielonej dwurzędowej marynarce, w której guziki zaczynają się od połowy brzucha. Moda przełomu lat 80-tych i 90-tych. Do tego różowa koszula i spodnie w kolorze ciemnej śliwki. Na stopach mokasyny – i można zdobywać świat. Ja bym tak nie wyszedł śmieci wyrzucić; ale to jest Maciek. Wrócił późno, nawet nie usłyszałem kiedy. Następnego dnia był taki rozpromieniony, jakby zobaczył anioła. Cieszył się ze wszystkiego jak małe dziecko. Pytam się go, co się stało. A on z błogim uśmiechem na ustach nic nie odpowiada, tylko sobie podśpiewuje „Do zakochania jeden krok”.
Nadeszła sobota. Poszedłem do dyrektora domu kultury umówić się co do tego festynu. Facet całkiem OK, tylko jakiś taki przygaszony się wydawał. Oczy utkwione w jednym punkcie, posępna twarz. No, ale w sumie nie moja sprawa. Dowiedziałem się, czego chciałem i poszedłem stamtąd.
W niedzielę świeciło piękne słońce. Najpierw poszliśmy z Maćkiem do kościoła. Oczywiście, wszystkie oczy na mnie. Połowa ludzi przez całą mszę stała tyłem do ołtarza, bo nie mogła się napatrzyć i musieli się upewniać, czy ja to na pewno ja. Inni się wiercili, jakby mieli owsiki w wiadomym miejscu. Zaraz po mszy przenieśliśmy się na boisko szkolne, gdzie miała się zacząć impreza. Asfalt, stragany, drewniana scena, wiszące na słupach serpentyny i balony – typowy wiejski festyn. Sołtys rozpoczął jakiś kiepskim przemówieniem. Potem oczywiście ksiądz i dyrektor domu kultury dobrali się do mikrofonu. Ja w tym czasie chodziłem sobie między straganami. Maciek powiedział, że idzie coś załatwić i zaraz wróci. Kupiłem watę cukrową, cukierki, pooglądałem figurki z masy solnej robione przez dzieciaki ze szkoły i nawet pokupowałem trochę tego kiczu. W tle oczywiście disco-polo. W końcu wołają mnie. Idę odbębnić swoje. Wszystko szło jak należy, ale ciągle się zastanawiałem, gdzie jest Maciek. Tak nagle zniknął. Skończyła się licytacją, podziękowano mi i już miałem schodzić ze sceny, kiedy nagle podbiega mały chłopiec, wręcza mi jakąś kartkę i mówi, żebym to przeczytał do mikrofonu. Trochę się zdziwiłem, ale dyrektor się zgodził, więc zacząłem czytać. „Kasiu, to ja Maciek. Kocham Cię i nie mogę zapomnieć tych ostatnich dni, które spędziliśmy razem. Chcę być z tobą. Weź dzieci i wyjedźmy. Czekam w autobusie na przystanku. Kocham cię.”
Nie wiedziałem, co mam zrobić. Wszystkie spojrzenia były skupione na Kaśce, która trzymała za ręce swoje dzieci. W jednej chwili zrobiła się czerwona, wyglądała, jakby chciała zapaść się pod ziemię. Zaczęła biec w stronę swojego domu. Po chwili usłyszeliśmy, jak silnik autobusu zaczyna pracować. To Maciek powoli ruszył. Odjeżdżając, co chwila przyciskał klakson. Wszyscy ludzie skamienieli. Dosłownie stali jak wryci. Ksiądz zaczął coś mówić do mikrofonu, ale i tak nie było go słychać – zagłuszał go klakson autobusu. Dyrektor zniknął.
- No i od tej pory, ojcze, nie mam od Maćka wiadomości. Więcej grzechów nie pamiętam.
- Synu, zadośćuczynić należy bliźniemu. Odpuszczam ci grzechy. Idź w pokoju.
***
Myślałem wtedy, że to koniec mojej roli. Myliłem się.
Miesiąc później zadzwonił mój telefon. To Nokia, ma mocny i przenikliwy dźwięk, a ja jeszcze ustawiam sobie dzwonek naprawdę głośno. I naprawdę dobrze go słychać o siódmej rano.
- Nie, nie, nie! Nie odbieram. Odczepcie się ludzie. Dajcie żyć! Człowieku, czy ty masz zegarek?
Odebrałem.
- Dzień dobry, czy Pan Krzysztof Wójcik?
- Czy dobry, to się okaże. Tak, to ja, o co chodzi?
- Czy ma pan brata Macieja Wójcika?
- Tak. O co do cholery chodzi? Znów jakiś skandal węszycie. Moglibyście chociaż w poniedziałek rano dać człowiekowi spokój.
- Przepraszam, ale nie jestem dziennikarką. Dzwonię ze szpitala. Pana brat leży w u nas, miał wypadek. Uderzył w drzewo. Jego stan jest ciężki, ale stabilny.
Iza Pająk
Podobało Ci się? Wyraź swoją opinię!

Zostaw komentarz!