O teatrze słów kilka. Część pierwsza.
A jak się idzie do teatru – to po co? A lepsze są komedie czy tragedie? A który teatr jest w Krakowie najlepszy? A który najgorszy? A wolisz teatr czy kino? A jak się ubierasz do teatru? I tak dalej, i tak dalej, w kółko na niebiesko można zadawać tego typu pytania ‑ i można nawet próbować cierpliwie na nie odpowiadać. Przecież – teoretycznie – ważne jest to, dlaczego idzie się do teatru i do którego pójść w ogóle warto. Teoretycznie. Praktycznie są to pytania, na które nie odpowiadam. Nie mam siły. Nie rozumiem, dlaczego ludzie je zadają, nie wiem, po co trzeba o tym mówić, nie znam na nie odpowiedzi – bo nie ma na nie odpowiedzi poprawnej. Okazuje się, że cały ten temat jest jednak wciąż niewyczerpany. Dlatego dzisiaj – mimo wszystko – odpowiem na te pytania: po to, żeby następnym razem zająć się już czymś innym.
Teatr jest zjawiskiem. Oznacza to, że jest nieuchwytny, niepoliczalny emocjonalnie i dziwaczny. Nie jest to konkretne miejsce, scena, widownia czy garderoba. Teatr to wzbudzone emocje, to spełnione bądź niespełnione oczekiwania, to zachwiany spokój ducha. Teatr jest czymś więcej niż wystawieniem sztuki, niż profesjonalizmem aktorów albo doskonałą scenografią. Teatr to nienazwana emocja. To narodzona nagle myśl, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Rzecz jasna, można iść do teatru, żeby zobaczyć świetną rolę danego aktora albo obejrzeć konkretną wizję reżysera. Ale zasadniczym, prawdziwym i niezmiennym zadaniem teatru jest budzenie emocji. I to jest odpowiedź na pytanie: „Po co tam idziesz?” Idę po emocje, po niepokój serca. Idę się zgubić, bo cały świat każdego dnia nakazuje każdemu z nas pozostawać na z góry przypisanych nam miejscach. I nie wolno się gubić, bo to zaburza porządek. A w teatrze – wolno.
Tragedie nie są lepsze od komedii, ani odwrotnie. Wybór jest kwestią indywidualną, ewentualnie partnerską, jeśli ktoś nie chodzi do teatru sam. Wszystko zależy od tego, na ile potrafimy przeżywać to, co widzimy. Na ile jesteśmy emocjonalni. Zależy od tego, co zrobiliśmy przez lata ze swym poczuciem akceptacji dla dziwactw artystycznych. Ale nie od tego, czy ktoś lubi się bardziej śmiać się, czy płakać. To rzecz drugorzędna. Najważniejsza jest umiejętność dopuszczenia do siebie swoich własnych emocji podczas oglądania spektaklu.
Kraków obfituje w teatry. Mówi się o kilku, o innych zapomina, albo mówi się o nich w kategoriach placówek kulturalnych. Takiemu trendowi należy się przeciwstawiać. Istnieje bardzo wiele teatrów, których nikt nie kojarzy nawet z nazwy dlatego, że nie mówi się o nich, albo mówi się niewiele. Warto promować sztukę alternatywną, odmienną, niepokorną i trudną. Warto, bowiem świat sztuki potrzebuje indywidualizmu i świeżości buntu. A takie małe sceny często kierują się w stronę takiego artystycznego profilu, który wywołuje mnóstwo emocji.
I można tak bez końca: pytać – i odpowiadać, pytać – i odpowiadać. Ważne jest, by zdać sobie sprawę z wyjątkowości teatru jako zjawiska. Z niezwykłych jego właściwości. Aktor niczym zielarz wybiera starannie składniki naparu i pozwala, by zapach roznosił się wokoło. Mądry widz postara się najpierw rozpoznać użyte zioła, a potem pozwala im działać. Widz odmienny intelektualnie od tego pierwszego, będzie jedynie się cieszył, że zioła działają.
A następnym razem – o niszowości jako takiej i o tzw. teatrze niszowym. Pewnie będzie ciekawiej i na temat nareszcie.
Ewka Hanusz

Zostaw komentarz!